Brak reakcji sąsiadów, urzędników, służb i sądu doprowadził do głośnej w Polsce śmierci Kamilka z Częstochowy. Choć chłopczyk był pod opieką wielu instytucji, to nikt nie zauważył, że dziecko przez lata było katowane. Oprócz ojczyma i matki, czyli bezpośrednich sprawców śmierci dziecka, żaden urzędnik i funkcjonariusz nie poniósł konsekwencji za niedopełnienie obowiązków. Prokuratura umorzyła postępowania, bo wszystkie formalności urzędnicze zostały dopełnione, czyli wszystko jest w porządku, a „jedynie” dziecko nie żyje.
Trzy lata później, w sierpniu 2026 r., na warszawskiej Białołęce zdenerwowana kobieta szarpie i krzyczy na dziecko, które jest nieposłuszne i wbiegło na ulicę. Akcja dzieje się na przystanku, gdzie na autobus czeka Monika Horna-Cieślak, rzecznik praw dziecka, która postanawia interweniować. Zwraca zdenerwowanej kobiecie uwagę, że używa przemocy wobec dziecka. Między kobietami dochodzi do awantury, matka chłopca używa niecenzuralnych słów. W efekcie Horna-Cieślak wzywa policję i domaga się odebrania kobiecie dzieci.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Przemoc instytucjonalna
Reklama
Te wydarzenia z 2023 r. i 2026 r. dobitnie pokazują dwie przeciwstawne skrajności. W przypadku Częstochowy zawiodło wiele instytucji, które powinny chronić chłopca przed przemocą i śmiercią. Przykład z Warszawy należy jeszcze starannie wyjaśnić, ale wiele wskazuje na to, że tym razem doszło do nadgorliwości ważnego urzędnika. Obie te historie łączy postać adwokat Moniki Horny-Cieślak, która całą karierę prawniczą poświęciła ochronie praw dzieci. To ona asystowała przy ustawie tzw. Lex Kamilek, która w Sejmie uzyskała poparcie całej sceny politycznej. Mimo wcześniejszej współpracy z rządem PiS-u po zmianie władzy Horna-Cieślak uzyskała nominację i poparcie rządowej koalicji na stanowisko Rzecznika Praw Dziecka (RPD).
Sprawa interwencji z Białołęki została nagłośniona, gdy portal Zero.pl opisał całą historię i przytoczył orzeczenie sądu. Po awanturze na przystanku RPD poszła za matką z dziećmi do jej bloku. Szarpiąc się, próbowała wedrzeć się na klatkę schodową. Na miejsce przyjechała policja, która weszła do mieszkania. Funkcjonariusze przesłuchali rodziców, sporządzili notatkę i sprawdzili warunki, w jakich przebywały dzieci. Nie widzieli podstaw, by odebrać rodzicom dzieci, ale przez kilka dni w mieszkaniu pojawiały się kontrole. Dzieci zostały zabrane 2 dni później – w sobotę wieczorem ok. godz. 22. Policjanci weszli do mieszkania i wręczyli rodzicom zakaz zbliżania się do dzieci, które ostatecznie trafiły do domu dziecka.
Nadużycie władzy
Reklama
Zmiana decyzji policji nastąpiła po specjalnym spotkaniu rzecznika praw dziecka w Komendzie Stołecznej Policji w świąteczną sobotę 15 sierpnia. W poniedziałek 17 sierpnia sprawą zajął się sąd, który nakazał natychmiastowe oddanie dzieci rodzicom i przeprowadził gruntowną krytykę interwencji RPD. Okazuje się, że policja odmówiła interwencji, kurator sądowy też nie widział podstaw do odebrania dzieci, a sąd nazwał działania wobec rodziny „przemocą instytucjonalną”, bo były rażąco nieproporcjonalne do zaistniałego zdarzenia. „Duże zdziwienie, a wręcz głęboki niepokój Sądu budzi przy tym osobisty udział (RPD – przyp. red.) w tych wszystkich czynnościach, w których występowała ona jako osoba bezpośrednio i chyba emocjonalnie zainteresowana wynikiem sprawy. Co więcej, jej brak dystansu do sprawy ujawnił się – zdaniem Sądu – również na sali rozpraw. W przekonaniu Sądu zachowanie to może świadczyć o zbyt osobistym, wręcz prywatnym zaangażowaniu w przedmiotową sprawę i próbie wykorzystania autorytetu piastowanego urzędu do przeforsowania z góry założonej tezy o konieczności zabrania dzieci” – czytamy w postanowieniu sądu.
Sąd jednoznacznie stwierdził, że w sprawie jest zbyt wiele prywatnych emocji, a odebranie dzieci i skierowanie ich do domu dziecka jest dla nich traumą. Z tego powodu interwencja RPD była działaniem na szkodę tych dzieci, bo ich zdrowiu i życiu nie zagraża niebezpieczeństwo w biologicznej rodzinie. Sędzia wskazał również, że najlepszym środowiskiem dla emocjonalnego rozwoju dzieci jest właśnie rodzina, co wcale nie oznacza, że nie ma żadnych zastrzeżeń i wymagań wobec rodziców. Zalecił im nadzór kuratorski i wsparcie pomocy społecznej, by rodzina mogła stanąć na nogi.
Dwa światy
Reklama
Konsekwencją interwencji rzecznika praw dziecka jest kilkudniowy pobyt dzieci w placówce zbiorowej opieki nad dziećmi, która w Warszawie nie cieszy się zbyt dobrą sławą. Dzieci mogą mieć traumę po takich doświadczeniach, tym bardziej że straciły dom, z którego zostały zabrane przez policję. Ciągłe naloty służb i policji doprowadziły do tego, że właścicielka wynajmowanego mieszkania rozwiązała umowę i kazała rodzinie się wyprowadzić. Matka dzieci mówi, że sprawy tak nie zostawi i będzie domagała się odszkodowania. Pewnie znajdą się prawnicy, którzy pomogą rodzinie, ale obok tego posypały się również doniesienia do prokuratury na działania p. Horny-Cieślak. Jest też wniosek o odwołanie jej z urzędu, co niekoniecznie jest politycznie dobrym rozwiązaniem, bo przykład nowej pani rzecznik praw obywatelskich pokazuje, że obecna władza może znaleźć kogoś gorszego i skrajnie ideologicznego.
W Ustawie o Rzeczniku Praw Dziecka zapisano, że urząd ten ma szczególnie chronić dzieci, ale z uwzględnieniem ich naturalnego środowiska, którym jest rodzina. Zadaniem rzecznika jest więc obrona dzieci i ich praw, a jednym z tych praw jest prawo do rodziny. W przypadku interwencji na warszawskiej Białołęce ta równowaga została brutalnie naruszona. Dlaczego tak się stało?
Na warszawskim przystanku doszło do zderzenia dwóch światów – kobiety, która jest ważną urzędniczką państwową, i prostej kobiety, której rodzina ma problemy i z trudem wiąże koniec z końcem. Doszło do ostrej kłótni i być może górę wzięły też zwykłe emocje. Monika Horna-Cieślak całe naukowe i zawodowe życie zajmuje się ochroną dzieci przed przemocą. Może w jej postrzeganiu świata doszło do skrzywienia zawodowego – jak u policjanta kryminalnego, który wszędzie widzi przestępstwa. Pani Rzecznik nie ma dzieci i na co dzień nie musi zmagać się z nastrojami kilkulatka, który z jakiegoś powodu np. nie chce iść do przedszkola, więc nie chce wstać z łóżka, zjeść śniadania, umyć zębów, włożyć butów, kurtki, a po drodze urządza „sceny buntu”. Każdy rodzic, który zmaga się lub zmagał z takimi sytuacjami codziennie, ma więcej tolerancji, gdy widzi scysję między rodzicem i dzieckiem w miejscu publicznym. Życiowe doświadczenie codziennej opieki nad dziećmi jest czymś więcej niż tylko teoretyczną, prawniczą wiedzą. Nie wszystkie dzieci są „aniołkami”, a ich rodzice też nie zawsze mają do nich anielską cierpliwość.
Szkody dla systemu
Adwokat Monika Horna-Cieślak ma wiele zasług na polu ochrony dzieci przed przemocą, jak choćby wspomniana już praca przy tzw. ustawie Kamilka. Być może w tym przypadku też kierowała się dobrymi intencjami, bo subiektywnie była przekonana, że tym dzieciom grozi niebezpieczeństwo. Gdy jednak sytuacja została sprawdzona przez policjantów, kuratora i sąd, powinna odpuścić i wejść na drogę standardowego postępowania w takich sytuacjach. Jej postępowanie wywołało traumę całej rodziny. Pani rzecznik przyczyniła się w ten sposób do skrzywdzenia dzieci, które tak bardzo chciała chronić. Wyrządziła też wielką szkodę polskiemu systemowi ochrony dzieci przed przemocą, któremu poświęciła wiele lat zawodowego życia.





